Tydzień temu pisałem Wam o zaleceniach dla autorów, które powinniście uwzględniać podczas pisania tekstów i według których musicie zorganizować przesyłane do publikacji materiały. Jeśli już wiecie, jaka jest pożądana przez redakcję lub wydawcę objętość tekstu i format zapisu, czas na to, by pokazać Wam drugą stronę medalu.

Norma edytorska potrzebna jest bowiem także w na etapie redakcyjnym — szanująca się redakcja i porządne wydawnictwo będą z niej korzystać. Dziś przyjrzymy się, do czego ona służy.

Jak już pisałem — najważniejsza jest konsekwencja. Ważne więc, by w obrębie danej publikacji (lub na przykład całej serii czy strony internetowej) ujednolicać zapis. W redakcji zwykle nie pracuje jeden korektor, tylko kilka osób zajmujących się poprawnością i redagowaniem. Każda z nich ma inne przyzwyczajenia — choćby w kwestii wyrazów czy zwrotów, które możemy zapisać w różny sposób. W polszczyźnie możemy zapisać on-lineonline — obie formy są poprawne. Sam preferuję ten drugi sposób zapisu, ale Marta, która kieruje redakcją językową w czasopiśmie, w którym pracuję, woli formę on-line­ i udało jej się takie zapis wprowadzić w normie edytorskiej. Gdyby część redakcji stosowała zapis online, a część on-line, czasopismo nie wyglądałoby profesjonalnie, a jeśli takich rozbieżności byłoby więcej — straciłoby renomę.

Podobnie jest w przypadku przypisów bibliograficznych i bibliografii załącznikowej. Można stosować wiele sposobów zapisu, dopuszczalne jest także używanie zarówno łacińskich słów (idem, eadem, eidem, ibidem), jak i ich polskich odpowiedników (tenże, tegoż; taż, tejże; ciż, też, tychże; tamże). Konsekwentny sposób zapisu w obrębie publikacji (lub wszystkich publikacji — na przykład czasopisma czy serii książek) reguluje właśnie norma wydawnicza.

Kiedyś otrzymałem propozycję objęcia działu korekty w pewnym portalu internetowym. Szybko jednak się stamtąd wycofałem, gdy okazało się, że przełożeni oczekują bylejakości — korektorzy, owszem, mieli poprawiać publikowane teksty, ale kwestię zasadności stworzenia normy traktowano z pobłażaniem. Wśród odpowiedzialnych za poprawianie tekstów panować więc mogła totalna dezynwoltura, co mogło doprowadzić do sytuacji, w której wykonujący drugą korektę podważałby decyzje pierwszego korektora według własnych upodobań. Takie sytuacje szybko doprowadziłyby do spięć w obrębie zespołu, ponieważ każdy upierałby się przy swoim i wskazywał na poprawność takiego zapisu. Z tego względu dobrze też, jeśli w pisaniu normy edytorskiej bierze udział cała redakcja językowa — pozwala to na wypracowanie możliwie najlepszego modelu normy.

Ważna jest też rozmowa i wzajemna wymiana doświadczeń. Wbrew pozorom słowniki i inne wydawnictwa poprawnościowe często nie dają jednoznacznych odpowiedzi, a czasem nawet się wykluczają. Wówczas nic nie zastąpi konsultacji w gronie czynnych (czyli wykonujących swój zawód) korektorów i redaktorów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *