Czego pragnie Harry Hole?

Czekałem — podobnie jak wielu innych stałych czytelników — na najnowszą książkę Jo Nesbø, Pragnienie. Wyczekiwane pozycje przynoszą jednak często rozczarowanie, bowiem autorzy nie wytrzymują presji i oczekiwań. W tym przypadku jest jednak zupełnie inaczej — norweski autor potwierdza swoją klasę. Continue reading „Czego pragnie Harry Hole?”

Jak wydać miłość?

Tydzień temu Kasia pisała Wam o książce #instaserial o miłości. Dziś pora na kilka moich refleksji i odczuć dotyczących tej książki. Nie będzie to jednak klasyczna recenzja, podam za to po dwa plusy i minusy publikacji, mocno zresztą subiektywne. Zaczynamy!

Miło

#instaserial… kupiłem zaraz po jego ukazaniu się i z ciekawością otwierałem porządnie zapakowaną przesyłkę, w której do mnie trafił. Od razu rzuciła mi się w oczy nieźle zaprojektowana okładka (projekt: Tomasz Fiema, rysunki: Marta Kaczmarzyk), będąca rysunkową wersją zdjęcia Nicole Sochacki-Wójcickiej, czyli autorki, wraz z mężem i synem (zdjęcie możemy obejrzeć na stylizowanej na pocztówkę wkładce, świetnie sprawdzającej się zresztą w roli zakładki).

Niezła jest też sama historia opisana w książce, czasem zresztą podszyta technikami, których pozazdrościć Sochacki-Wójcickiej mogliby autorzy powieści sensacyjnych. W istocie — można przeczytać historię szybko, można się nawet przy niej pośmiać, pozastanawiać, czemu ona go w ogóle chce — słowem: rozrywka na wieczór znakomita!

Mniej miło

Zboczeniem zawodowych redaktorów jest wynajdywanie błędów, niedopatrzeń i usterek absolutnie wszędzie, ale nie chcę się tu wyzłośliwiać, litanię ograniczę więc do dwóch obserwacji.

Zawsze mnie irytowało, kiedy w książce pojawiała się dedykacja opatrzona nagłówkiem Dedykacja, a tak jest właśnie w tym przypadku. Spokojnie wystarczyłby tekst, komu poświęca się książkę, cytat oraz jego autor — zwłaszcza że złożone są poprawnie (s. 4). Gorzej jest na stronie 3, gdzie zawarte są nota o autorce i jej komentarz odnośnie do tytułu, które złożone są zbyt małym stopniem pisma, by ich odczytanie nie stawało się męczące.

Warto było może też bardziej przemyśleć kwestie zapisu, bo autorka próbuje oddać język mówiony, stąd w książce wiele określeń potocznych. Skoro więc Sochacki-Wójcicka pisze o stylówie swojego ojca, to spokojnie mógłby się pojawić też zapis okej lub okay zamiast stosowanego OK. Przy czym zapis ok, który też jest gdzieniegdzie stosowany (brak tu jednolitości i konsekwencji), nie jest dopuszczony przez polską normatywistykę.

Jeśli więc szukacie odpowiedzi na nurtujące Was pytanie, w jaki sposób wydać miłość (a przynajmniej miłosną historię), to nie popełniajcie takich błędów redakcyjnych . 😉

Pokaż swoją miłość, oddając krew!

Skoro jesteśmy przy kwestiach miłosnych, a są wśród Was stali czytelnicy, wspomnę tu także, że — w nawiązaniu do wpisu Kasi dotyczącego alternatywnego spędzania walentynek — w zakładce Do pobrania znajdują się plakaty przeznaczone do wykorzystania przy okazji organizacji zbiórek krwi.

A może są wśród Was krwiodawcy, którzy chcieliby się podzielić swoimi doświadczeniami? Czekam na Wasze wypowiedzi w komentarzach.

Miłość jak z serialu, czyli recenzja książki @mamyginekolog

#instaserial o miłości jest obecnie chyba jedną z najpopularniejszych książek dla kobiet. Najsłynniejsza polska ginekolog spisała historię początków znajomości ze swoim mężem. Czy warto ją poznać? Przeczytajcie dzisiejszy wpis!

@mamaginekolog jest super i  ja uwielbiam tę kobietę. Uważam, że zrobiła dla kobiet więcej dobrego niż wszystkie lekcje przygotowujące do życia, poradnictwo rodzinne i pogadanki typu Między nami kobietkami (prowadzą to jeszcze w gimnazjach?) razem wzięte.

Nicole Sochacki-Wójcicka, bo o niej mowa, od końcówki swojej ciąży za pomocą Instagrama nie tylko tłumaczy, że USG nie zabija ani kobiety, ani płodu, ale opowiada też o życiu jako matki i żony. Skomplikowaną historię jej związku postanowiła wydać w postaci książki #instaserial o miłości.

Trudne dobrego początki

Gdybym nie wiedziała, że jej love story dobrze się skończy, że państwo Wójciccy będą mieć pięknego syna, zastanawiałabym się, co tak ładnej kobiecie odbiło, że uganiała się po całym świecie za takim bucem?! Facet ją zbywa, każe dostosować się do swoich zasad, a ona biedna, zaślepiona miłością, na wszystko się godzi. Nie zdradzę Wam, co takiego okropnego robił Kuba, bo historia jest rzeczywiście jak z serialu, i to nie byle jakiego — Moda na sukces może nie, ale Zbuntowany anioł czy Doktor House — jak najbardziej.

Jak to jest zrobione?

O ile historię czyta się naprawdę bardzo przyjemnie, to — nie oszukujmy się — nie jest to powieść najwyższych lotów. Biorąc książkę do ręki, wiemy, znamy jej zakończenie. Książka jest pisana tak, jakby była mówiona – szyk zdań czasem drażni („spałam w Kuby piętrowym łóżku”). Podobnie zresztą jest z podwójnymi spacjami czy braku konsekwencji w zapisie niektórych wyrazów. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie to, że ktoś prawdopodobnie wziął pieniądze za korektę, a to przekłada się na cenę książki, którą można przeczytać na Instagramie, pod warunkiem dużej ilości czasu na scrollowanie postów i komentarzy (niestety, niektóre fragmenty #instaserialu są czasem dodane jako komentarz). W wersji papierowej nie sprawdziło się też to, co na Instagramie zachęcało do dalszego śledzenia losów dwójki lekarzy — pytania „narratora” z serii „co wydarzy się w następnym odcinku?” — jeśli ktoś śledził serial od początku, zachęcały one do odwiedzania profilu lekarki, w książce (zapisane kursywą) nie miały najmniejszego sensu, spokojnie można darować sobie ich czytanie.

Czy warto mieć na półce #instaserial o miłości?

Co kto lubi 🙂 Sama fabuła bywa naprawdę niezwykła i może być inspiracją do scenariusza jakiegoś serialu. W tych wszystkich niedociągnięciach warsztatowych ujmuje jedno — autentyczność autorki. Czytając, trochę miałam wrażenie, że Sochacki-Wójcicka zafundowała sobie autoterapię i wylała z siebie wszystkie żale (do których jak najbardziej miała prawo). Jeśli macie więc w sobie krztynę empatii, to już teraz zamówcie #instaserial o miłości.

[Nicole Sochacki-Wójcicka] @mamaginekolog, #instaserial o miłości, Warszawa 2016.

Obłędnego dnia!
/K.

[Lista subiektywna] Pięć najlepszych seriali sesję

Końcówka stycznia może oznaczać tylko jedno. Sesja! Kiedy wyprasowaliście wszystkie koszule, wyprowadziliście węża sąsiadów na spacer, czas obejrzeć serial w idealnie wysprzątanym mieszkaniu. Dzisiaj subiektywna lista najlepszych odciągaczy od nauki.

Skandal [Scandal]

Scandal jest najgłupszym serialem, jaki kiedykolwiek widziałam. Dlaczego więc go polecam? Bo niesamowicie wciąga. Zaczynamy od grzecznej specjalistki do spraw komunikacji w Białym Domu, która przy okazji sypiała z prezydentem, a kończymy na psychopatycznym ojcu próbującym przejąć władzę nad światem, pierwszej damie upijającej się z byłą kochanką męża kandydującą na stanowisko… prezydenta. Brzmi nienormalnie? Zobaczcie, co dzieje się między opisanymi wydarzeniami!

Most nad Sundem [Bron/Broen]

To z kolei jeden z najlepszych seriali, jakie w życiu oglądałam. Idealnie spełnia swoją rolę sesyjnego wciągacza — od pierwszych sekund nasz mózg stara się rozwikłać zagadkę tajemniczego mordercy pozostawiającego zwłoki na granicy szwedzko-duńskiej. Uwaga, jeśli zaczniecie, musicie obejrzeć wszystkie odcinki! Inaczej nie będziecie mogli zrobić nawet pięciominutowej przerwy na naukę.

Detektyw Monk [Monk]

It’s joungle out there. Jest ktoś, kto nie słyszał o detektywie Adrianie Monku? Ten były policjant po śmierci ukochanej żony zaczyna cierpieć na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Pozwala mu to dostrzec rzeczy, których inni nie dostrzegają. Widzicie to podobieństwo między swoimi odpowiedziami w trakcie egzaminu a reakcją egzaminatora? To serial pozwalający żyć nadzieją, że nasze dziwne zachowania to tak naprawdę przejaw geniuszu.

Gotowe na wszystko [Desperate Housewives]

Idealnie wypielęgnowane rośliny w ogródkach, białe płotki, uśmiechnięte panie domu całujące mężów na pożegnanie – idylla! Skrywają jednak takie tajemnice, że do głowy nie przyszłoby Wam wymyślenie takiego scenariusza.

Plotkara [Gossip Girl]

Jeśli mama mówiła Wam, że jesteście zepsuci i niegrzeczni, włączcie jej Plotkarę. Jest to zdecydowanie mój ukochany serial, choć nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego. Może to wspaniale napisane postaci (i świetnie obsadzone), a może to, że z niektórymi z nich mogę się identyfikować (tak, Blair to ja). Bez względu na to, jakich tricków użyto przy produkcji, ja przez 8 serii żyłam losami bohaterów. Miejcie świadomość, że wciskając play, by obejrzeć pierwszy odcinek, będziecie musieli obejrzeć aż sześć sezonów.

Obłędnego dnia!

/K.

[Lista subiektywna] Trzy najlepsze polskie kryminały 2016 roku

Dzisiaj trochę odpoczynku od redakcji, korekty i pojęć oraz czynności z nimi związanych. W tym wpisie przedstawię Wam trzy, według mnie najlepsze, polskie kryminały z ubiegłego roku. Staram się nie streszczać fabuł, zamieszczam w zamian kilka uwag krytycznych o tych książkach. Zaczynamy!

1. Remigiusz Mróz, Behawiorysta

Sam autor przyznaje, że miał opory przed publikowaniem tej książki. Nawet jeśli nie jest to szczere wyznanie, lecz zabieg marketingowy, to i tak nie sposób przyznać racji takiemu podejściu. Behawiorysta to kryminał mieszający się z thrillerem — tym straszniejszy, że przedstawiony na kartach powieści scenariusz jest możliwy. W czasach, kiedy audiowizualny przekaz internetowy jest powszechny, ciągle słyszymy narzekania na wymiar ścigania i społecznie piętnujemy rozmaite osoby łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo porwać może ludzi postać sprytnie manipulującego terrorysty pozostawiającego wybór (kto zginie) oglądającym go ludziom. Z każdą kartą Behawiorysty Mróz rewiduje granice wyboru i wolności w sytuacjach granicznych.

Książka mocna i długo pozostająca w pamięci. Momentami zahaczające wręcz o obrzydliwość opisy zbrodni i społecznych reakcji zasługują na dłuższą refleksję. Po niezłej trylogii z komisarzem Forstem i bardzo dobrej serii z mecenas Chyłką Remigiusz Mróz napisał dzieło najpełniejsze i najlepsze. Trudno będzie mu osiągnąć podobny efekt, choć z niecierpliwością czekam, by w chwili wolnego czasu sprawdzić, czy Wotum nieufności trzyma ten poziom.

Warto też dodać, że Mróz, choć czerpie ze sposobu narracji znanego z Ekspozycji, TrawersuPrzewieszenia, to jednak nie kopiuje zużytych klisz, a jego fabularna pomysłowość nie uległa póki co wyczerpaniu.

Remigiusz Mróz, Behawiorysta, Wydawnictwo Filia, Poznań 2016.

2. Gaja Grzegorzewska, Kamienna noc

Cieszyłem się z rewelacyjnego Grobu, wychwalałem Betonowy pałac i myślałem, że Grzegorzewska nie napisze już lepiej, ciekawiej, mrocznej. Dlatego Kamienna noc była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Seria z Julią Dobrowolską w roli głównej znacznie zyskała na wartości wraz z rozbudowaniem wątku Profesora, nic więc dziwnego, że Grzegorzewska idzie dalej tym śladem. Kamienna noc jest jednak brawurowa nawet jak na tę autorkę i momentami — podobnie jak Behawiorysta — budziła we mnie mieszane uczucia. Finalnie jednak — również podobnie jak Behawiorysta — okazała się pozycją na długo zapadającą w pamięć i najlepszą w autorskim dorobku.

Grzegorzewska korzysta ze znanych w kryminalnych schematach konwencji, między innymi zmiany tożsamości, tworzy jednak coś nowatorskiego i snuje zadziwiająco spójną i interesującą konstrukcję fabularną, cały czas bazując na wciąż niewyczerpanym napięciu między Dobrowolską a Profesorem.

Gaja Grzegorzewska, Kamienna noc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

3. Wojciech Chmielarz, Osiedle marzeń

Chmielarz już wcześniejszymi książkami (genialne Przejęcie) udowodnił, że można napisać dobry, mocno osadzony w realiach kryminał, nie rezygnując z pogłębionej warstwy psychologicznej. Osiedle marzeń pokazuje też, że autor jest doskonałym obserwatorem relacji społecznych i w ogóle życia. Erving Goffman byłby pewnie dumny, gdyby przeczytał tę książkę, bowiem o jej sile decyduje — przynajmniej dla mnie — przede wszystkim drobna, mikrosocjologiczna wręcz, tkanka. Mam tu na myśli ludzkie zachowania, które dla uczestników życia społecznego niekoniecznie są na tyle istotne, by zwracać na nie uwagę, tworzą jednak osobowości każdego z nas. W Osiedlu marzeń też nie grają głównej roli, ale są elementem wprowadzającym dokładnie odwzorowany realizm życia i prawdziwość postaci.

Zamknięte osiedle jest miejscem o tyle wdzięcznym dla autora powieści obyczajowej (a przecież kryminalna intryga jest tu zbudowana na tle obyczajowym), że w łatwy sposób można dzięki niemu sportretować zróżnicowaną społeczność. Chmielarz świetnie to wykorzystuje, nie poprzestając jednak wyłącznie na eksploracji tego rewiru, dzięki czemu mamy do czynienia z polifoniczną narracją. Ale najciekawsze jest zakończenie, w pełni rekompensujące lekki niedosyt pozostawiony po odnalezieniu winnego zabójstwa i otwierające możliwości interesującej kontynuacji.

Wojciech Chmielarz, Osiedle marzeń, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

A Wy jak uważacie? Może czytaliście wymienione książki, może macie własne listy najlepszych polskich kryminałów ubiegłego roku?

Zapraszam do dyskusji i życzę bezbłędnego dnia! 🙂

Podstawowa książka w korektorskiej biblioteczce

Dzisiejszy wpis w całości poświęcony będzie jednej książce i nie będzie to żaden ze skandynawskich kryminałów, które polecałem ostatnio. Edycja tekstów. Praktyczny poradnik Adama Wolańskiego, bo o tej publikacji opowiem, to — jak pisze sam autor — „swego rodzaju kodyfikacja norm wydawniczych dotyczących opracowania redakcyjnego tekstu”; w praktyce — podstawa korektorskiej biblioteczki.

Po co powstała Edycja tekstów?

Postępująca komputeryzacja procesów wydawniczych — pisze we Wstępie Wolański — oraz ogólna dostępność programów do przetwarzania tekstów sprawiają, iż działalność edytorska nie jest już zarezerwowana dla wąskiej grupy specjalistów zajmujących się przygotowaniem tekstu publikacji do wydania. Dzięki upowszechnieniu edytorów tekstu możliwe stało się nadawanie dokumentom piśmienniczym zaawansowanego — czasami wręcz ostatecznego — kształtu edytorskiego „na biurku” autora, tłumacza czy dziennikarza. […] Warunkiem tworzenia poprawnych publikacji jest wszakże nabycie stosownej wiedzy z zakresu edytorstwa, która do niedawna była domeną środowisk profesjonalnie związanych z branżą wydawniczo-poligraficzną — redaktorów merytorycznych i technicznych, korektorów, operatorów DTP, grafików itd.

Jak jest zrobiona Edycja tekstów?

Wolański podzielił książkę na cztery części. Pierwsza dotyczy ogólnych zagadnień pisma i tekstu (parametry typograficzne, rodzaje pisma, wyróżnienia, ideogramy, znaki interpunkcyjne itp.), druga — słownych, cyfrowych i symbolicznych elementów tekstu (nazwy własne i pospolite, liczby i jednostki miar, symbole, operatory i równania, alfabet fonetyczny), trzecia (najobszerniejsza) — tekstu głównego i tekstów pobocznych (tekst główny, cytaty, przypisy, tabele, bibliografia, okładki, materiały informacyjno-pomocnicze, skorowidze), natomiast w czwartej omówione zostały wybrane typy publikacji. Widać więc, że pojawiają się niezbędne informacje z zakresu redakcji tekstu, ale także innych etapów wydawniczych, choćby składu.

Zalety

Podstawową zaletą książki jest jej merytoryczna zawartość zgodna z wydawnictwami normatywnymi, ale konfrontowana z powszechną praktyką edytorską — Wolański podaje na przykład sposób podawania inicjału imienia, zamieszcza jednak przypis, w którym wyjaśnia, że przedstawiona (powszechna) praktyka edytorska jest niezgodna z opinią Rady Języka Polskiego PAN, która dopuszcza inny sposób jako wyłączny.

Wady

Są też wady. Dla mnie podstawową jest sposób składania i wydania, czasem nawet — idealizując — zastanawiam się, jak pięknie wyglądałaby Edycja tekstów, gdyby projekt typograficzny wykonał Robert Oleś z d2d.pl. Tymczasem w obecnej formie przeszkadzają przede wszystkim: mały stopień pisma, co dla mnie, osoby z wadą wzroku, jest przekleństwem i powoduje zmęczenie oka już po kilku stronach (przykłady złożone są stopniem mniejszym od podstawowego, więc czasem po prostu dobrze ich nie widzę), oraz tytuły boczne (umieszczane z boku strony tytuły poszczególnych omawianych zagadnień) usytuowane zawsze na prawym marginesie — o wiele wygodniej korzystałoby się z książki, gdyby wstawiać je zawsze na zewnętrznym marginesie.

Czy Edycja tekstów jest wykorzystywana?

Korektorzy i redaktorzy rzeczywiście korzystają z tej książki. Ula Łupińska, znana też jako Pani Korektor, umieściła Edycję tekstów na subiektywnej liście pięciu najlepszych słowników i książek o poprawności językowej, a odwołania do Wolańskiego są powszechne choćby w mniej lub bardziej branżowych grupach na Facebooku.

Edycja tekstów jest więc w zamyśle (i w praktyce) książką skierowaną do osób zajmujących się opracowaniem redakcyjnym i wydawaniem różnorakich publikacji — i jest przez nie wykorzystywana, a ponadto (nie bez merytorycznych podstaw) uznawana za korektorską biblię. Ula Łupińska pisze jednak o książce, że „niekoniecznie zainteresuje przeciętnego użytkownika języka polskiego”. Sam Wolański we Wstępie (cytat przytoczyłem powyżej) pisze o pojawiających się możliwościach uzyskania pełnego kształtu edytorskiego publikacji już na biurku autora. Jeśli przyjmiemy, że przeciętnym użytkownikiem polszczyzny jest osoba niezajmująca się zawodowo językiem polskim (tak definiuje Ula Łupińska), to — owszem — publikacja niekoniecznie zainteresuje takie osoby, choć zainteresować z pewnością powinna. Po lekturze Edycji tekstów znacznie zyskałyby na jakości choćby prace dyplomowe, w przypadku których autor dokonuje de facto także składu i innych czynności redaktorsko-wydawniczych.

Piszę Wam o Edycji tekstów także przez to, że często będę się tu do niej odwoływał, odsłaniam też w ten sposób część korektorskiego warsztatu, ponieważ z książki, jak wiele innych osób zajmujących się choćby redakcją, często korzystam. Myślę też, że są wśród Was osoby, którym tego typu publikacja może okazać się potrzebna, warto wtedy rozważyć zakup — na oficjalnej stronie wydawcy lub w innym miejscu, na przykład w księgarni internetowej Bonito.pl.

Adam Wolański, Edycja tekstów. Praktyczny poradnik, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008.

[Lista subiektywna] Pięć skandynawskich kryminałów

Dzisiejszy wpis zawdzięczacie mojej Żonie, która powtarza, że powinienem opublikować subiektywny wybór skandynawskich kryminałów, ponieważ jej zimno. Wybrałem pięć książek, o których chciałbym napisać Wam kilka słów. Zestaw to rzeczywiście skandynawski, mamy bowiem Islandkę, Szweda, Norwega i Duńczyka.

Książki ułożyłem alfabetycznie według polskich tytułów. Nie jest to jednak ranking najlepszych czy najciekawszych kryminałów, tylko wskazanie kilku interesujących pozycji. W przyszłości listę będę dopełniał.

Nie zdradzę istotnych szczegółów fabularnych, zahaczę jedynie o zalążki fabuły — nie chcę bowiem nikomu odbierać radości czytania, nie jest to też klasyczna recenzja. Dzielę się z Wami po prostu własnymi odczuciami lekturowymi.

Yrsa Sigurðardóttir, Niechciani [Kuldi]

Tę książkę lubię przede wszystkim ze względu na sposób przeprowadzenia akcji i budowania napięcia, które Yrsa opanowała do perfekcji. Niechciani to nie tylko historia opiekującego się po śmierci żony nastoletnią córką Oðinna, ale także pomocy kuchennej w ośrodku dla trudnej młodzieży, snującej umieszczoną w przeszłości historię, z którą przyjdzie się zmierzyć nie do końca radzącemu sobie w roli ojca mężczyźnie.

Thriller opowiada o trudnych relacjach, makabrycznych zbrodniach i powtarzającym się losie. I cały kryje się w specyficznym mroku — nie tak odległym od rzeczywistości.

Polski przekład Elżbiety Ptaszyńskiej-Sadowskiej wydała w 2014 roku MUZA.

Ciekawostki

Yrsa Sigurðardóttir to Yrsa, córka (dóttir) Sigurðara. U Islandczyków funkcję nazwiska pełni bowiem patronimikum. Nie mamy więc do czynienia w ich przypadku z nazwiskami o takim charakterze, jak choćby w Polsce czy innych krajach, a przy kolejnym powoływaniu się na osobę narodowości islandzkiej należy posłużyć się imieniem, nie zaś patronimikum.

Skoro jesteśmy już przy islandzkich tematach — choć nazwy państw i miast musimy pisać w wersji spolszczonej (polskie egzonimy), jeśli tylko taka istnieje, to w przypadku kilku nazw miejscowych mamy dowolność. Tak jest również w przypadku Reykjavíku. Stolicę Islandii możemy zapisać także w formie Rejkiawik.

Håkan Nesser, Nieszczelna sieć [Det grovmaskiga nätet]

Nieszczelna sieć to pierwszy kryminał z cyklu o komisarzu Van Veeterenie. To seria — co muszę podkreślić — szczególnie interesująca ze względu na tajemniczość miejsca akcji, którym jest fikcyjne miasto Maardam usytuowane w bliżej nieokreślonym kraju. Nazwa miasta i nazwisko komisarza mogą sugerować proweniencję holenderską, ale doszukiwano się tu niegdyś nawet Polski.

Niespieszna akcja i grubiańskość Van Veeterena na początku trochę mnie irytowały, jednak silniejsza okazała się chęć rozwikłania zagadki śmierci Evy Ringmar i dowiedzenia się, co owej feralnej nocy, gdy zginęła, robił Janek Mitter.

A, no i kawa — o skandynawskim (autor jest Szwedem) zamiłowaniu do kawy pisano już wiele, ale nie zaszkodzi dodać i ten, kultowy już, cytat:

— Kawy? — spytał uprzejmie Van Veeteren.

— Poproszę — odparł Münster. — Przyda mi się. Dzisiaj wypiłem już jedenaście filiżanek.

Polski przekład Wojciecha Łygasia ukazał się w „Czarnej serii” Czarnej Owcy.

Jo Nesbø, Pierwszy śnieg [Snømannen]

W moim rankingu najlepsza jak dotąd książka z cyklu o Harrym Hole. Jak dotąd — czekamy przecież na Pragnienie, jedenasty tom serii, którego polski przekład ukaże się 29 marca. Pamiętam, że zacząłem czytać Pierwszy śnieg w pociągu do Starachowic, a wciągnął mnie tak, że nim wróciłem do Krakowa, byłem już po lekturze.

Główny bohater serii to człowiek, z którym często się utożsamiam, głównie ze względu na jego ironiczne podejście do świata i interesujący sposób dekonstrukcji konwenansów i relacji społecznych. Ironia, obecna także we wcześniejszych powieściach Nesbø, daje o sobie znać coraz wyraziściej właśnie od Pierwszego śniegu. I nie ma w Harrym Hole, pomimo budowania jego historii przez kolejne tomy, niespójności — arogancki, walczący głównie z własnymi demonami policjant wzbudza, mimo swej ambiwalencji, sympatię.

Harry się uśmiechnął. Na razie Katrine mu się podobała, ale oczywiście pozostawał otwarty i w każdej chwili mógł zmienić zdanie. Zawsze był skłonny dać ludziom kolejną szansę trafienia na czarną listę. [s. 22]

Pierwszym śniegu tyle — majstersztyk, który trzeba przeczytać.

Jo Nesbø, Policja [Politi]

Wspomniane już przeze mnie Pragnienie jest przeze mnie wyczekiwane głównie ze względu na Policję. Dziesiąty tom serii o Harrym Hole, którego zakończenie pozostawiło norweskiemu pisarzowi wiele otwartych możliwości kontynuacji, budzi bowiem niedosyt niedokończonych wątków. A przecież Policja, przez połowę której żyjemy w przeświadczeniu, że Harry Hole może nie żyć lub dogorywać w szpitalu po wieńczącej Upiory strzelaninie, przyniosła tyle rozwiązanych i zawiązanych wątków, że apetyt na kolejne tomy serii wzbudziła we mnie spory. Spokój w opisie makabryczności zbrodni — jak zawsze u Nesbø — kapitalnie koresponduje z mrokiem i chłodem Oslo. Policja w pewien sposób dopełnia także Pierwszy śnieg i koresponduje z nim, uzupełnia napoczęte czy mocniej zarysowane tam wątki (zwłaszcza ostatnia scena, którą — jak sądziłem — będzie pogrzeb Harry’ego Hole).

Książki Jo Nesbø tłumaczeniu Iwony Zimnickiej wydaje Wydawnictwo Dolnośląskie.

Michael Katz Krefeld, Wykolejony [Afsporet]

Michael Katz Krefeld, podobnie jak Jo Nesbø, potrafi pokazać coś, co niebywale mnie fascynuje: mroczną stronę miasta. W polskich kryminałach taką doskonałość jak wspomniana dwójka uzyskać potrafią chyba tylko Gaja Grzegorzewska (mam na myśli szczególnie Betonowy pałac) i Joanna Bator (bardziej Wałbrzych niż Ząbkowice Śląskie). Nesbø jest pod tym względem mistrzem niedoścignionym — nie stanowi dla niego różnicy, czy to Oslo, czy Bangkok, potrafi wydobyć mrok z podszewki każdego chyba miasta. Krefeld natomiast pokazuje mrok Kopenhagi i Sztokholmu (zresztą sporo tu ironicznych aluzji dotyczących Szwecji), co w dużym stopniu rekompensuje brak wnikliwych rysów psychologicznych postaci, spośród których najwiarygodniej zbudowany jest chyba tylko główny bohater — Thomas Ravnsholdt. Jest też słowiańska mafia, więc dla bezpieczeństwa lepiej o książce mówić dobrze. 😉

Wykolejony w polskim tłumaczeniu Elżbiety Frątczak-Nowotny ukazał się w 2014 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Wkrótce bliżej przyjrzymy się zupełnie innej książce: w cyklu o pracy korektora pokażę Wam absolutną podstawę jakichkolwiek czynności redakcyjnych, Edycję tekstów Adama Wolańskiego. To właśnie w tej książce, opartej na publikacjach normatywnych i praktyce edytorskiej, zawarte są informacje, na podstawie których opracowałem islandzkie ciekawostki.