Czego pragnie Harry Hole?

Czekałem — podobnie jak wielu innych stałych czytelników — na najnowszą książkę Jo Nesbø, Pragnienie. Wyczekiwane pozycje przynoszą jednak często rozczarowanie, bowiem autorzy nie wytrzymują presji i oczekiwań. W tym przypadku jest jednak zupełnie inaczej — norweski autor potwierdza swoją klasę. Continue reading „Czego pragnie Harry Hole?”

Kilka słów o dyktandach

W sobotę odbyło się III Dyktando Krakowskie. Ponieważ — jak sama nazwa wskazuje — to już trzecia edycja imprezy odbywającej się w takiej formule, miałem okazję zaobserwować w różnych mediach po raz trzeci podobne komentarze na temat wydarzenia i sensu organizowania dyktand w ogóle. Dlatego postanowiłem wypunktować cztery istotne fakty na temat takich przedsięwzięć. Continue reading „Kilka słów o dyktandach”

Dwa skrajne oświadczenia w sprawie jednolitej ceny książki

Dziś kilka słów na gorący ostatnio temat jednolitej ceny książki, określanej mianem ustawy Langa (loi Lang — od nazwiska Jacka Langa, francuskiego ministra kultury, który w 1981 roku wprowadził takie rozwiązanie). W modelowym rozwiązaniu rodem z Francji chodzi o to, by wyrównać szanse współpracy między oficynami wydawniczymi (i dużymi, i małymi) oraz sieciami księgarń i małymi, niszowymi księgarenkami. Rozwiązanie wydaje się więc znakomite. Ale są też głosy radykalnie sprzeciwiające się ustawie. Continue reading „Dwa skrajne oświadczenia w sprawie jednolitej ceny książki”

Kim jest Ove Løgmansbø i po co mu ten pseudonim?

W niedzielę okazało się, że debiutujący pisarz z Wysp Owczych Ove Løgmansbø wcale nie jest debiutującym pisarzem, nie pochodzi z Wysp Owczych i nazywa się Remigiusz Mróz. Informację ogłoszono w Dzień dobry TVN w niedzielę, a na stronie internetowej Mroza pojawiły się także stosowne wyjaśnienia. Continue reading „Kim jest Ove Løgmansbø i po co mu ten pseudonim?”

Jak wydać miłość?

Tydzień temu Kasia pisała Wam o książce #instaserial o miłości. Dziś pora na kilka moich refleksji i odczuć dotyczących tej książki. Nie będzie to jednak klasyczna recenzja, podam za to po dwa plusy i minusy publikacji, mocno zresztą subiektywne. Zaczynamy!

Miło

#instaserial… kupiłem zaraz po jego ukazaniu się i z ciekawością otwierałem porządnie zapakowaną przesyłkę, w której do mnie trafił. Od razu rzuciła mi się w oczy nieźle zaprojektowana okładka (projekt: Tomasz Fiema, rysunki: Marta Kaczmarzyk), będąca rysunkową wersją zdjęcia Nicole Sochacki-Wójcickiej, czyli autorki, wraz z mężem i synem (zdjęcie możemy obejrzeć na stylizowanej na pocztówkę wkładce, świetnie sprawdzającej się zresztą w roli zakładki).

Niezła jest też sama historia opisana w książce, czasem zresztą podszyta technikami, których pozazdrościć Sochacki-Wójcickiej mogliby autorzy powieści sensacyjnych. W istocie — można przeczytać historię szybko, można się nawet przy niej pośmiać, pozastanawiać, czemu ona go w ogóle chce — słowem: rozrywka na wieczór znakomita!

Mniej miło

Zboczeniem zawodowych redaktorów jest wynajdywanie błędów, niedopatrzeń i usterek absolutnie wszędzie, ale nie chcę się tu wyzłośliwiać, litanię ograniczę więc do dwóch obserwacji.

Zawsze mnie irytowało, kiedy w książce pojawiała się dedykacja opatrzona nagłówkiem Dedykacja, a tak jest właśnie w tym przypadku. Spokojnie wystarczyłby tekst, komu poświęca się książkę, cytat oraz jego autor — zwłaszcza że złożone są poprawnie (s. 4). Gorzej jest na stronie 3, gdzie zawarte są nota o autorce i jej komentarz odnośnie do tytułu, które złożone są zbyt małym stopniem pisma, by ich odczytanie nie stawało się męczące.

Warto było może też bardziej przemyśleć kwestie zapisu, bo autorka próbuje oddać język mówiony, stąd w książce wiele określeń potocznych. Skoro więc Sochacki-Wójcicka pisze o stylówie swojego ojca, to spokojnie mógłby się pojawić też zapis okej lub okay zamiast stosowanego OK. Przy czym zapis ok, który też jest gdzieniegdzie stosowany (brak tu jednolitości i konsekwencji), nie jest dopuszczony przez polską normatywistykę.

Jeśli więc szukacie odpowiedzi na nurtujące Was pytanie, w jaki sposób wydać miłość (a przynajmniej miłosną historię), to nie popełniajcie takich błędów redakcyjnych . 😉

Pokaż swoją miłość, oddając krew!

Skoro jesteśmy przy kwestiach miłosnych, a są wśród Was stali czytelnicy, wspomnę tu także, że — w nawiązaniu do wpisu Kasi dotyczącego alternatywnego spędzania walentynek — w zakładce Do pobrania znajdują się plakaty przeznaczone do wykorzystania przy okazji organizacji zbiórek krwi.

A może są wśród Was krwiodawcy, którzy chcieliby się podzielić swoimi doświadczeniami? Czekam na Wasze wypowiedzi w komentarzach.

Jak alternatywnie spędzić walentynki?

Walentynki to dla wielu najsmutniejsze i najnudniejsze święto w roku. Trzeba okazywać sobie miłość, wydać mnóstwo pieniędzy na prezenty, a na domiar złego z każdej strony, we wszystkich sklepach, w których dziś sprzedają wszystko w kształcie serc, usłyszycie kawałki z płyt typu love songs. Jak się przed tym obronić, nie mając wsparcia drugiej połówki? Znaleźć ją! Ale jak i gdzie tak szybko? Spokojnie, wszystko Wam powiem.

Skorzystaj z portalu randkowego

Jednym z najlepszych jest DKMS, Tomek korzysta z usług tego portalu, ale na razie musi zadowolić się mną. DKMS ma wysoką skuteczność i gwarantuje znalezienie kogoś, kto nie będzie mógł bez Ciebie żyć. Nie musisz wymieniać ani słowa ze swoją Drugą Połówką, a nawet nie musisz jej znać, by wiedzieć, że jesteście dla siebie stworzeni. Zgodność w tym związku — gwarantowana!
PS DKMS to porządny portal, dba o swoich klientów i wysyła im prezenty na początek współpracy. Z filmiku nagranego przez Tomka z okazji moich urodzin dowiecie się, jak je obsłużyć.

Wyjdź z domu!

I udaj się do najbliższego punktu krwiodawstwa. Prezent dla Twojej Drugiej Połówki będzie w bardzo walentynkowych barwach. Ty też nie zostaniesz z niczym: Wasz pośrednik gwarantuje słodki poczęstunek i zbada Ci krew zupełnie za darmo! Zobacz, ile korzyści Ci to przyniesie!

Oddaj całe swoje serce!

Nie musisz tak od razu, ale wiedz, że miłość wymaga poświęceń. Na wszelki wypadek — podpisz oświadczenie woli. Twoje serce będzie kochane jeszcze tysiąc razy i pomieści dużo miłości, a wątroba jeszcze zniesie parę butelek czerwonego wina wypijanego na randkach. Zostaw narządy na ziemi. Na wypadek, gdybyś zapomniał poinformować kogoś o swoich zamiarach, ułatwiam Ci to. Poniżej zamieszczam — jako prezent walentynkowy — zrobione przeze mnie oświadczenie woli. Noś je zawsze przy sobie!

Choć tekst jest pisany trochę z przymrużeniem oka, dotyczy spraw najważniejszych: życia i miłości. Dlatego, jeśli chcesz, żeby Twoje walentynki były niezapomniane, zastosuj się do którejś z moich porad. Koniecznie potem napisz, jak było!

Obłędnego dnia!
/K.

Miłość jak z serialu, czyli recenzja książki @mamyginekolog

#instaserial o miłości jest obecnie chyba jedną z najpopularniejszych książek dla kobiet. Najsłynniejsza polska ginekolog spisała historię początków znajomości ze swoim mężem. Czy warto ją poznać? Przeczytajcie dzisiejszy wpis!

@mamaginekolog jest super i  ja uwielbiam tę kobietę. Uważam, że zrobiła dla kobiet więcej dobrego niż wszystkie lekcje przygotowujące do życia, poradnictwo rodzinne i pogadanki typu Między nami kobietkami (prowadzą to jeszcze w gimnazjach?) razem wzięte.

Nicole Sochacki-Wójcicka, bo o niej mowa, od końcówki swojej ciąży za pomocą Instagrama nie tylko tłumaczy, że USG nie zabija ani kobiety, ani płodu, ale opowiada też o życiu jako matki i żony. Skomplikowaną historię jej związku postanowiła wydać w postaci książki #instaserial o miłości.

Trudne dobrego początki

Gdybym nie wiedziała, że jej love story dobrze się skończy, że państwo Wójciccy będą mieć pięknego syna, zastanawiałabym się, co tak ładnej kobiecie odbiło, że uganiała się po całym świecie za takim bucem?! Facet ją zbywa, każe dostosować się do swoich zasad, a ona biedna, zaślepiona miłością, na wszystko się godzi. Nie zdradzę Wam, co takiego okropnego robił Kuba, bo historia jest rzeczywiście jak z serialu, i to nie byle jakiego — Moda na sukces może nie, ale Zbuntowany anioł czy Doktor House — jak najbardziej.

Jak to jest zrobione?

O ile historię czyta się naprawdę bardzo przyjemnie, to — nie oszukujmy się — nie jest to powieść najwyższych lotów. Biorąc książkę do ręki, wiemy, znamy jej zakończenie. Książka jest pisana tak, jakby była mówiona – szyk zdań czasem drażni („spałam w Kuby piętrowym łóżku”). Podobnie zresztą jest z podwójnymi spacjami czy braku konsekwencji w zapisie niektórych wyrazów. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie to, że ktoś prawdopodobnie wziął pieniądze za korektę, a to przekłada się na cenę książki, którą można przeczytać na Instagramie, pod warunkiem dużej ilości czasu na scrollowanie postów i komentarzy (niestety, niektóre fragmenty #instaserialu są czasem dodane jako komentarz). W wersji papierowej nie sprawdziło się też to, co na Instagramie zachęcało do dalszego śledzenia losów dwójki lekarzy — pytania „narratora” z serii „co wydarzy się w następnym odcinku?” — jeśli ktoś śledził serial od początku, zachęcały one do odwiedzania profilu lekarki, w książce (zapisane kursywą) nie miały najmniejszego sensu, spokojnie można darować sobie ich czytanie.

Czy warto mieć na półce #instaserial o miłości?

Co kto lubi 🙂 Sama fabuła bywa naprawdę niezwykła i może być inspiracją do scenariusza jakiegoś serialu. W tych wszystkich niedociągnięciach warsztatowych ujmuje jedno — autentyczność autorki. Czytając, trochę miałam wrażenie, że Sochacki-Wójcicka zafundowała sobie autoterapię i wylała z siebie wszystkie żale (do których jak najbardziej miała prawo). Jeśli macie więc w sobie krztynę empatii, to już teraz zamówcie #instaserial o miłości.

[Nicole Sochacki-Wójcicka] @mamaginekolog, #instaserial o miłości, Warszawa 2016.

Obłędnego dnia!
/K.

[Lista subiektywna] Pięć najlepszych seriali sesję

Końcówka stycznia może oznaczać tylko jedno. Sesja! Kiedy wyprasowaliście wszystkie koszule, wyprowadziliście węża sąsiadów na spacer, czas obejrzeć serial w idealnie wysprzątanym mieszkaniu. Dzisiaj subiektywna lista najlepszych odciągaczy od nauki.

Skandal [Scandal]

Scandal jest najgłupszym serialem, jaki kiedykolwiek widziałam. Dlaczego więc go polecam? Bo niesamowicie wciąga. Zaczynamy od grzecznej specjalistki do spraw komunikacji w Białym Domu, która przy okazji sypiała z prezydentem, a kończymy na psychopatycznym ojcu próbującym przejąć władzę nad światem, pierwszej damie upijającej się z byłą kochanką męża kandydującą na stanowisko… prezydenta. Brzmi nienormalnie? Zobaczcie, co dzieje się między opisanymi wydarzeniami!

Most nad Sundem [Bron/Broen]

To z kolei jeden z najlepszych seriali, jakie w życiu oglądałam. Idealnie spełnia swoją rolę sesyjnego wciągacza — od pierwszych sekund nasz mózg stara się rozwikłać zagadkę tajemniczego mordercy pozostawiającego zwłoki na granicy szwedzko-duńskiej. Uwaga, jeśli zaczniecie, musicie obejrzeć wszystkie odcinki! Inaczej nie będziecie mogli zrobić nawet pięciominutowej przerwy na naukę.

Detektyw Monk [Monk]

It’s joungle out there. Jest ktoś, kto nie słyszał o detektywie Adrianie Monku? Ten były policjant po śmierci ukochanej żony zaczyna cierpieć na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Pozwala mu to dostrzec rzeczy, których inni nie dostrzegają. Widzicie to podobieństwo między swoimi odpowiedziami w trakcie egzaminu a reakcją egzaminatora? To serial pozwalający żyć nadzieją, że nasze dziwne zachowania to tak naprawdę przejaw geniuszu.

Gotowe na wszystko [Desperate Housewives]

Idealnie wypielęgnowane rośliny w ogródkach, białe płotki, uśmiechnięte panie domu całujące mężów na pożegnanie – idylla! Skrywają jednak takie tajemnice, że do głowy nie przyszłoby Wam wymyślenie takiego scenariusza.

Plotkara [Gossip Girl]

Jeśli mama mówiła Wam, że jesteście zepsuci i niegrzeczni, włączcie jej Plotkarę. Jest to zdecydowanie mój ukochany serial, choć nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego. Może to wspaniale napisane postaci (i świetnie obsadzone), a może to, że z niektórymi z nich mogę się identyfikować (tak, Blair to ja). Bez względu na to, jakich tricków użyto przy produkcji, ja przez 8 serii żyłam losami bohaterów. Miejcie świadomość, że wciskając play, by obejrzeć pierwszy odcinek, będziecie musieli obejrzeć aż sześć sezonów.

Obłędnego dnia!

/K.

[Lista subiektywna] Trzy najlepsze polskie kryminały 2016 roku

Dzisiaj trochę odpoczynku od redakcji, korekty i pojęć oraz czynności z nimi związanych. W tym wpisie przedstawię Wam trzy, według mnie najlepsze, polskie kryminały z ubiegłego roku. Staram się nie streszczać fabuł, zamieszczam w zamian kilka uwag krytycznych o tych książkach. Zaczynamy!

1. Remigiusz Mróz, Behawiorysta

Sam autor przyznaje, że miał opory przed publikowaniem tej książki. Nawet jeśli nie jest to szczere wyznanie, lecz zabieg marketingowy, to i tak nie sposób przyznać racji takiemu podejściu. Behawiorysta to kryminał mieszający się z thrillerem — tym straszniejszy, że przedstawiony na kartach powieści scenariusz jest możliwy. W czasach, kiedy audiowizualny przekaz internetowy jest powszechny, ciągle słyszymy narzekania na wymiar ścigania i społecznie piętnujemy rozmaite osoby łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo porwać może ludzi postać sprytnie manipulującego terrorysty pozostawiającego wybór (kto zginie) oglądającym go ludziom. Z każdą kartą Behawiorysty Mróz rewiduje granice wyboru i wolności w sytuacjach granicznych.

Książka mocna i długo pozostająca w pamięci. Momentami zahaczające wręcz o obrzydliwość opisy zbrodni i społecznych reakcji zasługują na dłuższą refleksję. Po niezłej trylogii z komisarzem Forstem i bardzo dobrej serii z mecenas Chyłką Remigiusz Mróz napisał dzieło najpełniejsze i najlepsze. Trudno będzie mu osiągnąć podobny efekt, choć z niecierpliwością czekam, by w chwili wolnego czasu sprawdzić, czy Wotum nieufności trzyma ten poziom.

Warto też dodać, że Mróz, choć czerpie ze sposobu narracji znanego z Ekspozycji, TrawersuPrzewieszenia, to jednak nie kopiuje zużytych klisz, a jego fabularna pomysłowość nie uległa póki co wyczerpaniu.

Remigiusz Mróz, Behawiorysta, Wydawnictwo Filia, Poznań 2016.

2. Gaja Grzegorzewska, Kamienna noc

Cieszyłem się z rewelacyjnego Grobu, wychwalałem Betonowy pałac i myślałem, że Grzegorzewska nie napisze już lepiej, ciekawiej, mrocznej. Dlatego Kamienna noc była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Seria z Julią Dobrowolską w roli głównej znacznie zyskała na wartości wraz z rozbudowaniem wątku Profesora, nic więc dziwnego, że Grzegorzewska idzie dalej tym śladem. Kamienna noc jest jednak brawurowa nawet jak na tę autorkę i momentami — podobnie jak Behawiorysta — budziła we mnie mieszane uczucia. Finalnie jednak — również podobnie jak Behawiorysta — okazała się pozycją na długo zapadającą w pamięć i najlepszą w autorskim dorobku.

Grzegorzewska korzysta ze znanych w kryminalnych schematach konwencji, między innymi zmiany tożsamości, tworzy jednak coś nowatorskiego i snuje zadziwiająco spójną i interesującą konstrukcję fabularną, cały czas bazując na wciąż niewyczerpanym napięciu między Dobrowolską a Profesorem.

Gaja Grzegorzewska, Kamienna noc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

3. Wojciech Chmielarz, Osiedle marzeń

Chmielarz już wcześniejszymi książkami (genialne Przejęcie) udowodnił, że można napisać dobry, mocno osadzony w realiach kryminał, nie rezygnując z pogłębionej warstwy psychologicznej. Osiedle marzeń pokazuje też, że autor jest doskonałym obserwatorem relacji społecznych i w ogóle życia. Erving Goffman byłby pewnie dumny, gdyby przeczytał tę książkę, bowiem o jej sile decyduje — przynajmniej dla mnie — przede wszystkim drobna, mikrosocjologiczna wręcz, tkanka. Mam tu na myśli ludzkie zachowania, które dla uczestników życia społecznego niekoniecznie są na tyle istotne, by zwracać na nie uwagę, tworzą jednak osobowości każdego z nas. W Osiedlu marzeń też nie grają głównej roli, ale są elementem wprowadzającym dokładnie odwzorowany realizm życia i prawdziwość postaci.

Zamknięte osiedle jest miejscem o tyle wdzięcznym dla autora powieści obyczajowej (a przecież kryminalna intryga jest tu zbudowana na tle obyczajowym), że w łatwy sposób można dzięki niemu sportretować zróżnicowaną społeczność. Chmielarz świetnie to wykorzystuje, nie poprzestając jednak wyłącznie na eksploracji tego rewiru, dzięki czemu mamy do czynienia z polifoniczną narracją. Ale najciekawsze jest zakończenie, w pełni rekompensujące lekki niedosyt pozostawiony po odnalezieniu winnego zabójstwa i otwierające możliwości interesującej kontynuacji.

Wojciech Chmielarz, Osiedle marzeń, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

A Wy jak uważacie? Może czytaliście wymienione książki, może macie własne listy najlepszych polskich kryminałów ubiegłego roku?

Zapraszam do dyskusji i życzę bezbłędnego dnia! 🙂

Trzy ciekawostki językowe z czasów naszych (prapra)dziadków

Dziś Dzień Babci, jutro świętować będą dziadkowie. Postanowiłem więc zebrać dla Was trzy ciekawostki dotyczące problemów gramatyki i ortografii z czasów naszych dziadków, pradziadków, prapradziadków… Przeczytacie o statystykach dotyczących wydań dziewiętnastowiecznych gramatyk, pewnej próbie uproszczenia pisowni i bodaj najbardziej kontrowersyjnych (ze względu na dyskusję przed ich przyjęciem i narzekania po wydaniu) regułach pisowni i gramatyki.

XIX wiek: gramatyczna obsesja

Debaty dotyczące zjawisk językowych nie są domeną XX wieku, toczono jej już — nie bez kontrowersji — wcześniej, a XIX wiek był okresem pewnej manii gramatycznej. Wydrukowano wówczas około 200 wydań podręczników gramatyki, z czego około 20 w latach 1817‒1831 a ponad 170 w latach 1832‒1900. Sam rok 1849 przyniósł ich 10.

Wśród autorów prym wiedli Teodozy Sierociński (10 wydań Gramatyki na klasę I i II w latach 1839‒1864 oraz 20 wydań skróconej wersji w latach 1840‒1875), Antoni Małecki i Henryk Suchecki.

Osobliwe próby uproszczenia pisowni

Przy okazji pojawiających się od czasu do czasu pomysłów uproszczenia polskiej ortografii warto przypomnieć choćby Skarbiec odkryty bogactwa, piękności i wszystkich prawideł zasadniczych mowy i pisownie polskiej Bożydara Ożyńskiego (Kraków 1883), w którym autor, uważając, że w piśmie nie powinny występować niewymawiane litery (zwłaszcza dwuznaki), proponował wprowadzenie do polszczyzny między innymi liter ħ (ch), ƈ (cz) oraz  (rz — jedyny dwuznak uznawany) i ten sposób zapisu zastosował w całej książce. Była to jednak publikacja osobliwa i nie zasada nie doczekała się uznania.

Kontrowersyjne Zasady

Zasady pisowni polskiej z 1918 roku okazały się chyba najbardziej kontrowersyjnymi próbami wprowadzenia reguł poprawnościowych. Już ich uchwalenie przez Akademię Umiejętności było poprzedzone wieloma dyskusjami. Dotyczyły one między innymi dostosowania pisowni joty w konstrukcjach typu -bja, ­-cja, -dja, ­-fja­, -rja itd. (ze względu na nieprzystosowanie narządów mowy Polaków do wymowy takich głosek) oraz pisowni końcówek zaimków i przymiotników w niektórych przypadkach (ówczesne rozróżnienie końcówek -em, -emi, -ym, -ymi — dobrym synem, tanim suknem w narzędniku, ale o dobrem synu, o dobrem suknie w miejscowniku). To właśnie ten problem okazał się najbardziej spornym zagadnieniem, a dotycząca go dyskusja była niezwykle ożywiona. Debatowano przede wszystkim, czy rozróżniać końcówki, czy nie, a jeśli tak, co przyjąć za podstawę ich różnicowania. Co istotne z punktu widzenia dzisiejszych zasad, Kazimierz Nitsch proponował wówczas, by z nowo tworzonej reguły wyjąć przysłówki, nazwiska i nazwy miejscowe zakończone na -e (Zakopanem, Lindem, potem), ale były też inne pomysły. W głosowaniu za zasadą rozróżniania końcówek według końcówki mianownika było 14 osób, przeciw — 13, nie było więc jednomyślności. Warto o tym pamiętać dzisiaj, gdy aż tak radykalnych rozróżnień w środowiskach normatywnych chyba nie ma.,

Bardziej interesujący jest jednak brak powszechnego przyjęcia Zasad pisowni polskiej. Użytkownicy języka woleli pisać według zasad z 1891 roku (na przykład MaryaJulia), reguł nie przestrzegała również prasa, a głosy o tym, że nie da się zredagować tekstu bez nieustannego spoglądania do słownika były podobno powszechne. Krytykowano także zasady przenoszenia wyrazów. Choć wydanie Pisowni polskiej z 1933 roku odnosiło się do żądań niezadowolonych użytkowników języka, to jednak wywołało kolejną falę narzekań (między innymi na nieustanną płynność reguł), a także konflikt autorytetów (po opublikowaniu przez Polską Akademię Umiejętności dziesiątej edycji Pisowni polskiej zredagowanej przez Kazimierza Nitscha Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego nakazało posługiwać się jej ósmym wydaniem, którym opiekował się Jan Łoś). Skutkiem takiego stanu rzeczy było powołanie Komitetu Ortograficznego i reforma ortografii z 1936 roku, która, choć wywołała głosy dyskusyjne, została przyjęta przez szkolnictwo i administrację bez większego sprzeciwu.

Skąd o tym wiemy?

Jeśli te ciekawostki rozbudziły w Was głód wiedzy — a wierzę, że tak właśnie jest — zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na blogu. Już niebawem zamieszczę tu notkę o kilku polemikach językoznawczych z pierwszej połowy XX wieku. Zainteresowanych zagadnieniami poprawności pisowni i gramatyki w XIX i XX wieku odsyłam też do książki prof. Mirosława Skarżyńskiego W kręgu gramatyk polskich XIX i XX wieku (Kraków 2001) oraz pracy doktorskiej Macieja Malinowskiego poświęconej polskiej ortografii od połowy XVIII wieku do czasów współczesnych, z których korzystałem przy tworzeniu tego wpisu.

Tymczasem uściskajcie babcie i dziadków. Bezbłędnego dnia! 🙂